Miłość skrojona na miarę kultury

Jak co roku, walentynki wywołują we mnie podobne wzburzenie wywołane niechęcią do realizowania napisanego przez kulturę scenariusza, zgodnie z którym 14. lutego powinnam cierpliwie oczekiwać wyznań miłości, prezentów czy innych oznak męskiej dominacji.

A ja na przekór buntuję się przeciwko erotyzowaniu kobiecej uległości powszechnie traktowanej jako przepisu na udany związek. Denerwuję się na obrazy miłości malowane raz do roku wielkimi czerwonymi sercami i brak poświęcania uwagi codziennej, ulotnej bliskości.

Miłość od zawsze była dla mnie mnie tańcem, którego wszelkie próby opisu mogły skończyć się jedynie marnym wyobrażeniem tego, co wydarza się pomiędzy partnerami; wyobrażeniem, które zawsze z podobną intensywnością zahacza o punkt widzenia odbiorcy, pomijając jednocześnie masę istotnych elementów znanych jedynie bohaterom danej opowieści.

Mona Chollet apeluje, żeby “wymyślić miłość na nowo”, a ja proponuję, żeby w pierwszej kolejności przyjrzeć się temu, co już zostało wymyślone i zauważyć, że współczesna miłość to przede wszystkim szerokofunkcjonujący konstrukt społeczny.

Wiele osób żywi przekonanie, że nasze uczucia i postawy w tej dziedzinie wynikają z indywidualnych całkowicie wolnych wyborów, że są “kwestią gustu” i nie podlegają społecznym uwarunkowaniom; jakby kultura nie była czymś, co nas urabia od samego początku – czymś, co kształtuje w nas nawet to, co wydawało nam się najgłębiej intymne i osobiste – lecz tylko cienką warstwą lakieru nałożoną po fakcie na ludzką naturę, która mogłaby istnieć niezależnie od tego.

Baśnie i romanse uczą nas, że miłość to namiętność i dramat, a nie ciche, codzienne bycie obok. Disney daje nam księcia na białym koniu, a ‘Seks w wielkim mieście’ – obraz miłości pełnej wzlotów i upadków, gdzie toksyczne relacje uchodzą za romantyczne. A co jeśli miłość to coś zupełnie innego, ale nie potrafimy jej rozpoznać, bo nigdy nie nauczyliśmy się jej inaczej?

Wszyscy jesteśmy sfabrykowani – pisze Amandine Dhée – dopiero gdy sobie to uświadomimy, możemy choć trochę wymyślić samych siebie

Nie uważam, aby kompletne oderwanie się od społecznych oczekiwań było dla nas jakkolwiek osiągalne. Pytanie tylko, czy to naprawdę brak możliwości ucieczki od kulturowych schematów sprawia, że cierpimy w miłości, czy może raczej to, że nigdy ich nie kwestionujemy?

Jeżeli w kulturze miłość funkcjonuje jako z jednej strony coś delikatnego i ulotnego, a z drugiej romantycznego i rozdzierającego serce, to czy jest sens walczyć o to, aby jednocześnie mieć ciastko, wpasowując się w skrupulatnie skodyfikowany wzorzec, a przy okazji móc je zjeść i (s)tworzyć udany związek?

Nie obchodzi mnie wcale, czy kochasz – pytam, skąd wiesz, że to miłość, a nie jej kulturowa imitacja?

Leave a comment